wtorek, 8 kwietnia 2014

...


Odczuwam stagnację. Po raz kolejny. Nie jest to jednak okres typowej depresji, czy tzw. doła, po prostu bardzo dużo ostatnio myślę o sobie, o swoim otoczeniu. Moja waga stoi w miejscu. Po prostu. Waha się wciąż o 1-2 kg, albo idzie w gore albo w dół. I tak w koło Macieju. Przyznaję. Jem źle. Po prostu źle. Wczoraj pochłonęłam końcówkę lodów, bo myślałam, że język ucieknie mi do tyłka. Miałam po tym wyrzuty sumienia i okropny ból brzucha. Dzięki temu "eksperymentowi" potwierdziłam swoje przypuszczenia. To ten cholerny nabiał. Przez niego tak wszystko mnie w tych bebechach boli... No nic, postaram się całkowicie odstawić lub ograniczyć do maksimum. Od dłuższego czasu nie piję już mleka, nie jem sera ani przetworów. Jedynym produktem który jeszcze jest w mojej kuchni to śmietana (18% i 36% do ciast), masło (82%), masło klarowane i ser żółty od święta,  którym też nie przepadam. Najgorzej jest jednak z czym? Z cukrem! Przyznaję bez bicia, z tym czymś mam największy problem i trudno mi go pokonać. To moje uzależnienie...

Zaobserwowałam ciekawe zjawisko. Otóż. Od godziny 5:30 do ok 16 jest wszystko cacy. Piję w miarę dużo, zjadam regularnie i tylko to co wezmę do pracy (nie mam możliwości wyjścia do sklepu, za co jestem wdzięczna). Przychodzę do domu i jest zmiana o 180 stopni! Pożeram wszystko co stanie mi na drodze. Dosłownie. Moje myśli krążą jedynie wokół lodówki, szafek i szuflad. Wciąż tylko myślę, co by tu upiec, usmażyć itd. Głównie ze względu zrobienia dla Łukasza przyjemności, bo uwielbiam mu gotować... Nie potrafię tego powstrzymać chociaż bardzo chcę :(. Muszę chyba wygrzebać resztki swojej silnej woli z głębi umysłu...

Ruchu nie mam. Szczerze, nie chce mi się, zwyczajnie jestem leniwa. Nie mam na nic ochoty a zawłaszcza na to. Nawet wsiąść na głupi rower nie daję rady, zwyczajnie mnie odrzuca. Nie wiem co się dzieje, może to te przesilenie wiosenne wciąż mnie trzyma czy jak... Mam tego dosyć bo naprawdę chcę zrobić tak wiele rzeczy, a nie mam siły do tego przysiąść. Chciałabym aby w maju było już lepiej...

Dlaczego maj? Liczę teraz tak - za dwa tygodnie święta, a przed nimi mam 100 jajek do wymalowania na zamówienie, do tego prawdopodobnie przyjdzie pieczenie ciast, również na zamówienie. Nie wiem jak dużo, więc trudno określić teraz czas. Do tego swoje własne przygotowania świąteczne, pomoc mamie i robienie wypieków na niedzielę. Potem 28 wyjeżdżamy z Łukaszem do TG na tydzień, więc nie ma co myśleć o rzeczach typu dieta czy bieganie lub jazda rowerem (podziwiam Ann, że potrafi się dostosować i trening jest dla niej najważniejszy tak samo jak dieta). Wracamy i już mamy maj. Ten czas zleci nie wiadomo kiedy, wiem z doświadczenia. 

Już teraz jednak wprowadziłam lekkie zmiany. Codziennie rano wypijam na czczo szklankę ciepłej wody z cytryną. Staram się nie łączyć białka z węglowodanami (co idzie jak po grudzie), owoce jem 30min przed innym posiłkiem (za wyjątkiem śniadania, bo jem z płatkami owsianymi na wodzie), piję 30min przed lub po posiłku, nigdy razem. Tych zasad jako tako sie trzymam jak najwierniej. Resztę mam jeszcze do obmyślenia. Najważniejsze jednak są małe kroczki. Do wszystkiego powoli.

Zakupiłam również suplementy, do czego zbierałam się od roku. Zażywam:
- selen dawka 100 mikrogramów/dzień
- omega 3 (70% EPA i DHA w 1000g) dawka 2g/dzień
- saluran 1 tab./dzień
- wit. D (2 kropelki nie wiem jaka to gramatura - zalecone przez endo)

Do tego jeszcze jest codziennie rano Euthyrox 100 lub 125 (5 i 2 dni) i wieczorem Atywia. 

Jest trochę tego, ale daję radę. Pobiorę pół roku i ocenię, na złe na pewno taka suplementacja nie wyjdzie.